Kiedy najwyżej rozstawiony tenisista przystępuje do obrony tytułu, to – przynajmniej teoretycznie – nie należy obawiać się wielkich opóźnień w programie gier. W tym przypadku praktyka wyjechała naprzeciwko teorii, bo Kamil Fabisiak potrzebował niecałej godziny włącznie z rozgrzewką, aby miło spędzić resztę dnia.
Emocje, trzeba postawić sprawę jasno, zmieściły się w jednym gemie, w którym serwował Manojkanth Somasundaram. Pierwszy punkt reprezentant Indii zdobył po bardzo dobrym i efektowanym ataku do bekhendu rywala. Drugi Polak mu sprezentował, co tego przedpołudnia zdarzało się niezwykle rzadko. Po trzecim oglądający mecz zareagowali i oklaskami, i odrobiną śmiechu. Somasundaram zagrał raczej bezpiecznie, ale Fabisiak nie zdążył uciec przed piłką i po drugim koźle jego wózek został trafiony między szprychy lewego koła. Serwujący prowadził więc 40-0, lecz nie utrzymał przewagi, ponieważ faworyt – przez szacunek dla rywala, samego siebie i publiczności – każdą piłkę traktował z jednakową powagą.
Jeśli ktoś pozwolił sobie na żart, to tylko jeden z kibiców. – Never give up! – powiedział do Fabisiaka szykującego się do ostatniego serwisu w tym meczu, zakończonym wynikiem 6:0, 6:0.

